Sprostowanie – doświadczenia i opinie rzeczników prasowych

dodano: 
25.11.2014
komentarzy: 
0

Sprostowanie – doświadczenia i opinie rzeczników prasowych

Bartosz Dembiński, rzecznik prasowy Akademii Górniczo Hutniczej

„Walka o prawdę” za pomocą sprostowania nie jest odpowiednim narzędziem komunikacji. Najważniejsza jest współpraca z mediami, także w sytuacjach kryzysowych i wcześniejsze wypracowanie dobrych relacji. Chodzi o  otwartą komunikację także w przypadku tematów trudnych i kontrowersyjnych. To pozwala – w większości przypadków, kiedy przekłamania czy niedomówienia w mediach  nie są zamierzone – uniknąć błędów już na etapie rozmowy z dziennikarzem. Z kolei w sytuacjach kryzysowych skuteczniejszą i łagodniejszą formą komunikacji jest oświadczenie. Napisane przekonująco, jest wykorzystywane przez dziennikarzy. Trzeba jednak zauważyć, że są również media (ich dziennikarze nazywają siebie "niepokornymi"), które z zasady używają nieprawdy jako argumentów, tworzą materiały „pod” gotową tezę. W takich przypadkach żadne sprostowanie nie będzie skuteczne, czego nasza uczelnia kilka razy już doświadczyła.

Anna Korzekwa, rzecznik prasowy Uniwersytetu Warszawskiego

W ciągu ponad siedmiu lat pracy na stanowisku rzecznika Uniwersytetu Warszawskiego wysłałam zaledwie kilka próśb o zamieszczenie sprostowania. Redakcje nie lubią przyznawać się do błędów, a sprostowanie ostatecznie pojawia się w druku na 27. stronie i jest wielkości dwóch linijek tekstu… Lepszy skutek przynosi bezpośredni kontakt z autorem artykułu, Daje to taki efekt, że zwyczaj w kolejnym tekście nie powiela on tych samych błędów. W dobie mediów elektronicznych raz podana nieprawdziwa informacja rozlewa się z siłą tsunami. Dlatego znacznie skuteczniejsze od sprostowania jest zamieszczenie polemiki/stanowiska uczelni na stronie internetowej uniwersytetu i ewentualne  wsparcie w udostępnianiu tych informacji poprzez media społecznościowe.

Wojtek Mundt, rzecznik prasowy szef Wydziału Wychowawczego Akademii Marynarki Wojennej

Do tej pory nie wysyłaliśmy do redakcji żądania sprostowania. Pojawiają się czasami (na szczęście bardzo rzadko) nierzetelne artykuły z negatywnym kontekstem dla uczelni, ale sprostowanie nie jest odpowiednim narzędziem, aby je korygować. Lepszy efekt – dla obu stron – przynosi pozytywny artykuł zamieszczony na ten sam temat po jakimś czasie lub przy nadarzającej się okazji.

Redakcja traktuje sprostowanie jako podważanie wiarygodności, a instytucja jako ostateczność. To nie służy dobrej współpracy z mediami, która dla rzecznika prasowego jest konieczna. Dziennikarze także nie chcą tracić dobrych relacji z rzecznikiem.

Dominika Narożna, rzecznik prasowy Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

W działaniach Biura Prasowego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu sprostowanie jest ostatecznością, z której korzystamy, gdy nieprawdziwe lub nieścisłe informacje godzą w dobre imię uczelni. W związku ze specyfiką jednostki, decyzja o ewentualnym wystosowaniu sprostowania każdorazowo podejmowana jest po przeanalizowaniu sytuacji z władzami UAM. Większość sprostowań, które zostały przygotowane przez Biuro Prasowe, została opublikowana/wyemitowana w zgodny z ustawą sposób. W roku akademickim 2013/2014 dziesięć razy skorzystaliśmy z tego narzędzia. W ośmiu – nasza próba zakończyła się sukcesem. Nie mniej jednak, mimo iż sprostowanie pozwala na skorygowanie zamieszczonych w mediach treści, to wydaje się, że odbiorca w większości przypadków nie kojarzy treści sprostowania z wcześniejszym materiałem, a to oznacza niską skuteczność takiego komunikatu. Jak wynika z naszego doświadczenia, większość popełnianych przez dziennikarzy błędów nie jest intencjonalna. W takich przypadkach bardziej korzystna jest komunikacja z autorem artykułu i wypracowanie wspólnej strategii skorygowania pomyłki, na przykład przygotowania dodatkowego materiału, który będzie omawiał daną problematykę szerzej. Dodarcie z takim komunikatem do odbiorcy jest o wiele bardziej skuteczne i zazwyczaj tak właśnie staramy się działać.

Adrian Ochalik, rzecznik prasowy Uniwersytetu Jagiellońskiego

Decyzja o wysłaniu wniosku o sprostowanie pozostaje ostatecznością i korzystam z tego narzędzia bardzo rzadko. Jak głosi anegdotyczne stwierdzenie powtarzane przez rzeczników i specjalistów PR - nikt nie czyta sprostowań, oprócz naszych szefów… W sytuacjach komunikacyjnego konfliktu z mediami staram się szybko wypracować z moimi przełożonymi stanowisko, ustalić kanały i narzędzia komunikacji, by móc skutecznie zakomunikować stanowisko uczelni.

Antoni Pawlak, rzecznik prezydenta Miasta Gdańska

Sprostowanie w takim kształcie prawnym, który wynika z Prawa prasowego nie spełnia swojej roli. W zasadzie odrzucane są one pod byle pretekstem, a zamieszczane z kolei –  wyłącznie w wyniku nakazu sądowego lub pod groźbą procesu. Redakcja albo milczy albo odpowiada, że sprostowaniu nie podlega tytuł artykułu. To prawda… i najgorsze sugestie zamieszczane są  w tytułach właśnie. Bywa i tak, że redakcja przysyła długie analizy prawne, które wyjaśniają dlaczego sprostowania nie będzie. I tak naprawdę trzeba by zatrudnić kancelarię prawną, by wyjść z takiej potyczki zwycięsko. Największe i nagminne błędy w sztuce dziennikarskiej polegają na braku rzetelności, nieznajomości tematu i mieszaniu informacji z komentarzem. Poziom dziennikarskiej rzetelności w mediach jest dziś taki, że aby zareagować na każde przekłamanie, manipulacje i nieprawdę, trzeba by pisać kilka sprostowań dziennie i tylko na tym się skupić. To nie ma sensu i szkoda na takie działania czasu. Najsensowniejsze wydaje się przemilczenie (jeśli nie ma istotnej szkody wizerunkowej lub groźby procesu), albo polemika. Sam często stosuję taką metodę – wysyłam maile do autora artykułu i jego zwierzchnika.  Przyznaję, że nie mogę się powstrzymać od napisania także i tego, co na temat takiego dziennikarstwa myślę. Chyba dlatego, ze dostałem dobrą szkołę dziennikarską w początkach „Wyborczej” i  wiem, czym dziennikarstwo jest.

Marcin Poznań, rzecznik prasowy Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie

W ciągu ponad czteroletniej pracy rzecznika prasowego SGH z prawa do sprostowania skorzystałem kilka razy. Przede wszystkim dlatego, że poważnych publikacji wymagających sprostowania było na szczęście niewiele. Te nieprawdziwe i nieścisłe, które prostowałem, dotyczyły twardych danych liczbowych i wtedy redakcje faktycznie przyznawały się do błędu. Zdarzało się jednak, że prośby o sprostowanie były odrzucane, zazwyczaj ze względów formalnych.  Dwukrotnie zażądano ode mnie pełnomocnictwa do reprezentowania uczelni w mediach. Można oczywiście wykorzystać drogę sądową, aby wyegzekwować ustawowe prawo do publikacji sprostowania, ale odbiorca zazwyczaj nie kojarzy treści artykułu ze sprostowanie po czasie, kiedy sądowe młyny wydadzą wyrok. Korzystanie z takiego narzędzia jak sprostowanie powinno być zatem  uzależnione od wagi sprawy i wielkości wizerunkowej szkody. W sytuacjach drobnych pomyłek zawsze lepiej zdać się na współpracę z dziennikarzem i wyegzekwować poprawne informacje w innej formie, np. kontynuacji tematu. Nie zawsze jest to proste –  bywa, że dziennikarze nie wywiązują się ze swoich zobowiązań. Ciekawym i skutecznym narzędziem do prostowania nieprawdziwych informacji mógłby być blog firmowy. To dobra platforma do zaprezentowania swoich racji w nieograniczonej formie i gwarantująca dotarcie do dokładnie określonej grupy odbiorców. Warunek jest jeden: blog musi skupiać wokół siebie społeczność oddanych czytelników, którzy w razie potrzeby staną się naszymi ambasadorami. Ich reakcje i komentarze mogą okazać się nieocenionym wsparciem w przypadku sytuacji kryzysowych, wynikających z pojawienia się w mediach nieprawdziwych informacji. Taką grupą ambasadorów mogą być także stronnicy w dyskusji na facebooku albo na forach internetowych. W naszym przypadku są to najczęściej studenci lub pracownicy SGH.

Ewa Sapeńko, rzecznik prasowy Uniwersytetu Zielonogórskiego

Sprostowanie jako prawne narzędzie komunikacji to ostateczność i  bardzo rzadko z niego korzystam; właściwie wyłącznie w sytuacjach, kiedy można przewidzieć, że sprawa zakończy się w sądzie.  W sytuacjach spornych o wiele skuteczniejsza jest polemika czy też list do redakcji. Te formy dają możliwość szybkiej odpowiedzi (najczęściej już następnego dnia) i czytelnik jest w stanie skojarzyć ją z wcześniejszym tekstem. Jeśli dziennikarz zawarł nieprawdziwe informacje w swoim materiale przez pomyłkę (czasami wynika to z pośpiechu lub barku wiedzy), najczęściej wystarczy kontakt telefoniczny, aby naprawił swój błąd. Zamieszczone po kilku dniach sprostowanie (praktycznie bez odniesienia do tekstu, bo na tyle pozwala ustawa) właściwie nie ma sensu. Dodatkowo, współpraca z redakcją układa się lepiej, bo sprostowanie dziennikarze traktują jako podważanie ich wiarygodności, a bez takiej współpracy rzecznikowi prasowemu trudno działać na rzecz swojej instytucji.

Krzysztof Sławiński, rzecznik prasowy Wyższej Szkoły Bankowej, pełnomocnik kanclerza ds. public relations

Sprostowanie nie jest w stanie naprawić szkód wizerunkowych powstałych z powodu publikacji nieprawdziwych informacji. Żądanie publikacji sprostowania oznacza, że redakcja przyznaje się do błędu, a to może przynieść  więcej szkód wizerunkowych niż pożytku dla organizacji. W sytuacjach konfliktowych najlepiej wypracować z dziennikarzem wspólne stanowisko. Jeśli popełnił błąd merytoryczny przez pomyłkę, najczęściej sam może podpowiedzieć formę zadośćuczynienia. W  sytuacjach, kiedy odbiorca jest wprowadzany w błąd z premedytacją – taka współpraca jest bardzo trudna, a najczęściej niemożliwa. Zawsze jednak wspólne działanie z mediami oraz traktowanie dziennikarzy jako sprzymierzeńców będzie procentowało dla organizacji. Warto także pamiętać, że w większości przypadków odbiorca nie pamięta czego dotyczy opublikowane sprostowanie i , jak się wydaje, najczęściej ich nie czyta.

Wojciech Sokolnicki, Biuro Promocji Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu

W ostatnich kilku latach z żądania sprostowania korzystaliśmy tylko raz  (skutecznie –  gazeta je zamieściła i przeprosiła). Współpraca z dziennikarzami pozwala tym ostatnim unikać błędów i przekłamań wymagających sprostowania, które jest przecież kłopotliwe dla obu stron. Mam nadzieję (a to podpowiada mi moje doświadczenie w pracy z mediami), że dziennikarze mediów regionalnych, którzy zajmują się tematyką  edukacji, widzą we mnie raczej partnera, dzięki temu  udaje się uniknąć błędów i przekłamań już na etapie, kiedy tekst powstaje.

dr inż. Krzysztof Szwejk, rzecznik prasowy Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego

W ciągu kilkunastu lat pracy na stanowisku rzecznika prasowego zaledwie cztery razy skorzystałam z ustawowego żądania opublikowania sprostowania, przy czym z powodzeniem tylko raz, a to i tak po interwencji w Komisji Etyki TVP. Uważam, że jeśli w mediach pojawia się nieprawdziwa informacja lub opinia, która godzi w wizerunek instytucji, najpierw trzeba ustalić jej źródło. Często się okazuję, że powodem nieporozumienia są same służby public relations, które nieprecyzyjnie podają fakty i wyjaśnienia. Jeśli jednak nie mamy sobie nić do zarzucenia, trzeba złagodzić negatywne skutki takiej publikacji, ale sprostowanie jest ostatecznością, ponieważ redakcje niemal zawsze posługują się negatywną odpowiedzią przygotowywaną przez kancelarie prawne. Wtedy pozostaje już tylko droga sądowa, a to nie jest dobra forma współpracy z mediami. A nawet jeśli sprostowanie zostaje zamieszczone, to w konsekwencji zawsze kończy się to co najmniej ochłodzeniem relacji z redakcją, jest to zatem zwycięstwo pyrrusowe. Lepiej w sytuacjach konfliktowych wykorzystywać polemikę i inne formy perswazji i współpracy z dziennikarzami, o które trzeba zadbać wcześniej.

Mariusz Szymański, rzecznik prasowy Pomorskiego Oddziału Wojewódzkiego Narodowego Funduszu Zdrowia w Gdańsku

Pełnię funkcję rzecznika prasowego przez niemal siedemnaście lat (wcześniej w Zarządzie Miasta Gdańska). Moje dotychczasowe doświadczenie pozwala mi stwierdzić, że posługiwanie się sprostowaniem jako narzędziem polemiki powinno być ostatecznością. Przytoczę kilka argumentów. Redakcje robią wszystko, by sprostowań nie publikować, bo nie można ich zgodnie z Prawem prasowym bezpośrednio komentować. Często zatem dostawałem propozycje zamiany terminu „sprostowanie” na „komentarz” lub „list do redakcji”, co  oczywiście pozwalało drugiej stronie nie stosować się do zapisów ustawowych. Najczęstszym uzasadnieniem odmowy jest zbyt obszerna treść sprostowania. Fakt, prawo jest tu bezwzględne, ale  jak klarownie i zrozumiale w dwóch zdaniach odnieść się kłamstwa zawartego w jednym zdaniu, by przekonać do naszych racji odbiorcę artykułu? Poza tym, rzecznik nadużywający sprostowań z pewnością nie należy do „ulubieńców” mediów, a mając na względzie konieczną długofalową współpracę z nimi, lepiej kierować się przekonaniem, że powinna być ona oparta na zrozumieniu swoich potrzeb, życzliwości i, raczej  ostrożnej, sympatii. Skuteczniejszym narzędziem w sytuacjach konfliktowych jest opublikowanie na stronie instytucji pełnej informacji i stanowiska konkretnej sprawie. A w tych poważniejszych – zwołanie konferencji prasowej. Nie jestem zatem zwolennikiem sprostowań, więcej – opowiedziałbym się  nawet za złagodzeniem  zapisów Prawa prasowego w tej kwestii, podobnie jak tych dotyczących autoryzacji, gdyby nie jedno, ale poważne zastrzeżenie. W swoich codziennych kontaktach spotykam zbyt wielu pseudodziennikarzy, którzy goniąc za tanią sensacją z beztroską i brakiem rozsądku ferują niesprawiedliwe sądy i wydają krzywdzące opinie z pominięciem podstawowych zasad sztuki dziennikarskiej.  Jak długo będą oni obecni w mediach, tak długo rzecznicy prasowi i zatrudniające ich instytucje powinny mieć prawo do posługiwania się sprostowaniami i autoryzacją.

Czytaj też artykuł:

Próba dochodzenia prawdy w mediach, czyli o sprostowaniu jako narzędziu komunikacji z punktu widzenia zawodowych komunikatorów – rzeczników prasowych cz.1

komentarzy:
0
Graficzne pułapki CAPTCHA
Wprowadź znaki widoczne na obrazku.
X

Zamów newsletter

 

Akceptuję regulamin