Barbara Labudda: wystąpienie ks. Charamsy to jednocześnie PR-owy majstersztyk i zmarnowana szansa

dodano: 
05.10.2015
komentarzy: 
0

Jakie faktycznie były cele księdza, wie tylko on. Ja widzę tu dwie silne kandydatury. Pierwszy – społeczny wydaje się być jedynie przykrywką dla drugiego – prywatnego.

Cel pierwszy był silnie komunikowany jako walka o tolerancję i otwartą dyskusję na temat miejsca osób homoseksualnych w Kościele. Takie podobno przesłanki przyświecały medialnemu duchownemu. Czy się udało? Nie sądzę. Mam wręcz poczucie, ze ks. Charamsa oddał swojemu środowisku niedźwiedzią przysługę.

Homoseksualno-kościelne dyskusje toczą się często wokół kwestii tego, czy bycie gejem lub lesbijką jest czymś zaprogramowanym, naturalnym, czy też kwestią seksualnego wyboru. Faktem, że ksiądz wraz z manifestem przedstawia narzeczonego i przyznaje się do niemożności utrzymania celibatu utwierdził obraz: gej to nie kwestia umysłu, to zachowanie.

Mam takie wrażenie, że z punktu widzenia dyskusji o homoseksualizmie to jest to zmarnowana szansa. Gdybym mogła coś doradzić środowiskom homoseksualnym, to żeby zrobiły wszystko, co w ich mocy, żeby inni księża, którzy są homoseksualni, ale żyją w celibacie – ujawnili się, dając świadectwo, że można być homoseksualistą i jednocześnie dobrym księdzem, który z zapałem i oddaniem sprawuje swoją posługę, jest tolerancyjny, kocha Boga i w związku z tym jest wierny obietnicy, którą mu złożył podczas swoich ślubów. Głos takiego duchownego miałby wówczas faktycznie siłę przebicia i odpowiednią wiarygodność!

No ale jest też drugi cel działań księdza. Ten, który mu się zdecydowanie udał i który wydaje się być znacznie bliższy sercu duchownego. Promocja książki i zadbanie o to, by medialna rozpoznawalność przełożyła się na przychód – bo przecież ksiądz z pewnością wiedział, że po przedstawieniu narzeczonego nie będzie mógł dalej pełnić posługi. A to rodzi kolejne konsekwencje, jak brak przychodów i środków do życia.

Z punktu widzenia efektywności PR-owej akcja „wykreuję swoją książkę na najbardziej wyczekiwany tytuł 2015 roku” jest prawdziwym majstersztykiem. I to przy naprawdę niskich kosztach „produkcji”. Jak to się robi? Klasycznie, zgodnie ze sztuką komunikacji: targetowane informacje do różnych redakcji, tworzenie takiej otoczki gorącego newsa i idealny timing (PR kontekstowy), do tego kreacja najbardziej chodliwego typu newsa – czyli opartego na konflikcie w stylu biblijnej walki Dawida z Goliatem. Oczywiście w tym starciu, jak zawsze – wygrywa niepozorny Dawid, czyli ks. Charamsa oraz jego wydawnictwo książkowe.

W całej tej sytuacji warto zwrócić uwagę jeszcze na jedną rzecz: jak inaczej ocenialibyśmy działania księdza, gdyby włożyć je w PRAWDZIWĄ ramę kontekstu „walczę o swoją grupę społeczną, walczę o tolerancję dla osób homoseksualnych”… Wówczas postrzegalibyśmy go jako osobę, która jest bardzo mocna przejęta sprawą, szczera, zaangażowana. Taki zresztą chce pokazywać się w wywiadach i na filmie dokumentalnym.  Jednak rzeczywistość jest inna. Bo w momencie, kiedy on przedstawia swojego narzeczonego, to w ułamku sekundy traci wiarygodność, a jego postawa staje się w oczach odbiorców egocentryczna. Bo oto ksiądz tak naprawdę chce zjeść ciastko i mieć ciastko: dalej spotykać się ze swoim narzeczonym, być z nim w oficjalnym związku, a jednocześnie pozostać księdzem. Ale tak pięknie to nie ma. I w tym akurat aspekcie równouprawnienie funkcjonuje całkiem nieźle.

Barbara Labudda, prezes zarządu agencji Synertime

 

X

Zamów newsletter

 

Akceptuję regulamin