.

....

Malwina Bakalarz, Bakusiowo.pl: Wykształcenie PR-owe dało mi pewność tego, co robię

dodano: 
13.11.2017
komentarzy: 
0

PRoto.pl: Jak wyglądały początki Twojego bloga? Dlaczego zdecydowałaś się go założyć?

Malwina Bakalarz, autorka bloga Bakusiowo.pl: Blog powstał niecałe trzy miesiące po narodzinach mojego synka. Chciałam wykorzystać roczny urlop macierzyński nie tylko na opiekę nad dzieckiem, ale i rozwijanie własnego biznesu. Stwierdziłam, że założę stronę internetową, na której będę pokazywała mamom ubranka z najnowszych kolekcji sieciówek. Myślałam, że będę pierwsza w całym internecie :) Na szczęście z błędu wyprowadził mnie mój mąż, który sprecyzował biznes, na którego pomysł wpadłam i pokazał mi, czym są blogi, a później taki blog mi, kolokwialnie mówiąc, „postawił”.

Szybko odezwały się we mnie moje PR-owe korzenie oraz zamiłowanie do pisania i rozbawiania ludzi. Moje teksty szybko zyskały popularność. Blog rozwinęłam błyskawicznie, przebijając się do czołówki już w pół roku po jego założeniu, co do tej pory blogerzy określają mianem fenomenu. Nieskromnie muszę się zgodzić :) Do mojej pracy zawodowej wróciłam na pół roku, właściwie tylko po to, żeby zachować ciągłość zatrudnienia do kredytu hipotecznego. Zrezygnowałam tak szybko, jak to było możliwe i poświęciłam się w stu procentch rozwijaniu tego, co było mi pisane :)

PRoto.pl: A czy gdybyś mogła cofnąć się w czasie do początków swojego blogowania, to coś zrobiłabyś inaczej?

M.B.: Założyłabym blog jeszcze wcześniej. W czasach, w których swoją działalność rozpoczynały takie blogerki jak Maffashion czy Jessica Mercedes. One są na rynku dwa razy dłużej niż ja. Chociaż... wtedy nie poznałabym mojego męża. E tam... nic bym nie zmieniła, bo jeśli chodzi o samą strategię rozwoju bloga, mam sto procent pewności, że zrobiłam wszystko najlepiej, jak mogłam.

PRoto.pl: Ile godzin dziennie zajmuje Ci praca na blogu? Czy wszystkim zajmujesz się sama, czy ktoś pomaga Ci w prowadzieniu Bakusiowa?

M.B.: Na początku potrafiłam spędzać po 12 godzin na rozwoju bloga i swoim. Kiedy zaczynałam blogować, nie miałam na przykład pojęcia o fotografii. Teraz moje zdjęcia chwalą profesjonaliści! Musiałam też wypracować swój styl pisania, bo owszem, miałam jakieś podstawy, które wyniosłam ze studiów, ale praktyki tyle, co kot napłakał. Bardzo szybko zaczęły też spływać do mnie propozycje współpracy, więc oprócz stałego rozwoju, musiałam na najwyższym poziomie obsługiwać klientów, żeby nie wyrobić sobie złej renomy. Na szczęście we wszystkim pomagał mi mój mąż, który odpowiadał za techniczną stronę bloga, nauczył mnie podstawowej obsługi programów graficznych i... tłumaczył fizykę, którą olewałam w liceum, kończąc ją z uroczą dwóją na świadectwie, a która to okazała się podstawą przy zrozumieniu działania aparatu fotograficznego :) Można więc stwierdzić, że wszystko robiłam sama, ale w wielu aspektach czuwał nade mną anioł stróż w postaci mojego męża. Jesteśmy kompletnie różnymi osobowościami, które w zespole działają cuda. I właśnie takim cudem był sukces bloga w rekordowo krótkim czasie. Myślałam niejednokrotnie o zatrudnieniu asystentki i fotografa, jednak moją klątwą jest „muszęsamizm”... Może kiedyś przyjdzie ten moment. Wiem jednak, że nieprędko :)

PRoto.pl: Z wykształcenia jesteś PR-owcem. Czy wiedza zdobyta na studiach przydaje Ci się w prowadzaniu bloga?

M.B.: Oczywiście, że tak! PR-owcy myślą innymi kategoriami niż osoby, które lubią np. tylko pisać albo tylko robić zdjęcia. Wiedza z zakresu PR-u w połączeniu z wrodzoną empatią dają spektakularne efekty. Potrafiłam wczuć się w rolę moich przyszłych czytelniczek i dostarczyć im to, czego potrzebowały. Nie czytałam innych blogów, nie wzorowałam się na nikim. Nie potrzebowałam tego, bo miałam pełne zaufanie do tego, co robię i jak to robię. Przez pierwsze miesiące rozwijania bloga nawet mój mąż był sceptycznie nastawiony do mojej strategii. Uważał, że muszę być zachowawcza w słowach, idealna na zdjęciach, urzędowa w korespondencji z kontrahentami. Wykształcenie dało mi pewność tego, co robię.

Pomogło mi również przy wypracowaniu najbardziej dopasowanych do potrzeb klientów i czytelniczek form promocji na blogu. Moje wpisy sponsorowane od początku odróżniały się od tych, które pojawiały się na innych blogach. Były naturalne, opowiadały jakąś historię. Tego kiedyś na blogach parentingowych po prostu nie było. Blogerzy bali się „podpaść marce”, przez co podpadali po prostu swoim czytelnikom. Wstyd im się było przyznać przed odbiorcami do tego, że zarabiają na prowadzeniu bloga, próbowali to ukryć, a wpisy sponsorowane publikowali z poczuciem winy. Nie dziwię się... Jeśli reklamowany był odkurzacz, to wpis był zatytułowany jako „test odkurzacza XYZ”, a we wpisie bloger wychwalał pod niebiosa jego zalety. Ja tego nie czułam. Nigdy się na to nie godziłam. Zawsze miałam swój pomysł na pokazanie produktu, który jest tylko tłem naszego życia. Jeśli jest na pierwszym miejscu, sytuacja przestaje być naturalna. Znajome blogerki mówiły mi wprost, że dopiero po tym, jak zobaczyły, jak do tematu podeszłam ja, zaczęły zmieniać swoje myślenie o wpisach sponsorowanych, konstruować je w podobny sposób. Nagle okazało się, że można coś zareklamować bez hejtu za to, że produkt pojawia się na blogu i narażania wtedy jeszcze nieświadomej marki na postawienie w złym świetle. Teraz wpisy w stylu, w którym formułowałam je od początku istnienia bloga, to już norma. I bardzo mnie to cieszy, bo przez czytelników blogosfera nadal pojmowana jest jako ogół. Bardzo często jesteśmy wrzucani do jednego worka. Po dwóch latach prowadzenia bloga znajoma blogerka przyznała mi się w rozmowie, że kiedy się pojawiłam, wszyscy mnie znienawidzili. Bo, jak to nazwała, „zabierałam im pracę”. Po czasie jednak część blogerów poszła po rozum do głowy i zamiast się na mnie obrażać, po prostu zaczęła działać w podobny sposób. Ci blogerzy teraz bardzo dobrze sobie radzą :) Co mnie cieszy, bo pracy jest tyle, że każdy swoje zarobi, a mi bardzo zależy na tym, żeby blogosfera jako ogół była postrzegana jako zbiór profesjonalistów, a nie partaczy :) Im bardziej efektywne kampanie z naszym udziałem, tym większy kawałek tortu przy corocznym rozdzielaniu budżetów marek. A że dostaje się przez to prasie drukowanej… No hej, to tak jakby mnisi mieli pretensje do Gutenberga :)

PRoto.pl: Współpracujesz z wieloma markami. Czym kierujesz się, wybierając partnerów do współpracy?

M.B.: Ich pozycjonowaniem przede wszystkim. Nie reklamuję wszystkiego. Współpracuję tylko z tymi markami, które pasują do mojego stylu życia i wartości, które przekazuję na blogu. Tylko wtedy moje przekazy będą spójne i prawdziwe, a to jest fundament sukcesu Bakusiowa. Szczególnie często zdarza mi się odrzucać propozycje reklamy kiepskich jakościowo produktów spożywczych. Często jest tak, że większość blogerów działających w określonej kampanii pokazuje to, co jest zlecone przez klienta, np. czekoladowe płatki śniadaniowe, syropy smakowe na bazie syropu glukozowo-fruktozowego albo przyprawy do dań z glutaminianem sodu. Ok, nie każdy zwraca uwagę na kwestie zdrowego żywienia. Jeśli jednak takie materiały pojawiają się w towarzystwie reklam produktów BIO, gdzie bloger nagle zwraca uwagę na to, że BIO to lepsze, bo zdrowsze i hej, hej, kupujcie BIO, to najzwyczajniej w świecie... słabo. Ja nie dopuszczam do takich sytuacji. Negocjuję z klientem, wybieram z jego asortymentu to, co rzeczywiście jem bądź mogłabym zjeść. Moje czytelniczki doceniają dzięki temu spójność moich przekazów, moje morale jest na niezmiennym poziomie, a klient jest zadowolony, bo i tak dotarł do moich odbiorców. Jeśli nie mam możliwości wybrania produktów alternatywnych, tak jak to bywa przy okazji kosmetyków, sprzętów czy ubrań, które są pozycjonowane na półkę niższą niż ta, którą ja wybieram, po prostu rezygnuję. Jeszcze nie zdarzyło się, żebym żałowała swojej decyzji.

Nie współpracuję też za niezadowalające mnie stawki. Mój cennik dla niektórych marek przy pierwszym podejściu jest nieosiągalny, jednak zazwyczaj wracają do mnie po czasie z większym budżetem. Materiały, które dostarczam moim klientom, są dopracowane w stu procentach. Przyzwyczajone do tego są również moje czytelniczki. Jakość jest u mnie na pierwszym miejscu. Publikuję niewiele tekstów. Aktualnie od pięciu do dziesięciu w miesiącu. Tyle jestem w stanie „wyprodukować” przez miesiąc przy codziennej obsłudze klientów, prowadzeniu mediów społecznościowych i zaangażowaniu w dodatkowe projekty. Kiedyś publikowałam częściej. W social mediach pojawiałam się codziennie. Teraz potrafię milczeć tydzień, ale kiedy „wracam" – zawsze z czymś fajnym i konkretnym. Nie stosuję „zapchajdziur” po to, żeby czytelniczki o mnie nie zapomniały. Nie zapomina się o tych, których darzy się sympatią ;)

PRoto.pl: Jak z Twojej perspektywy powinna wyglądać idealna współpraca z marką?

M.B.: Marka X odzywa się do mnie z informacją, że za minimum miesiąc chce zareklamować swój produkt. Informuje mnie o tym, jak wygląda strategia promocji tego produktu ogólnie. Gdzie jest promowany, na co jest kładziony nacisk, na co potencjalny klient ma zwrócić uwagę, co odróżnia produkt od konkurencji. Informuje mnie, czego ode mnie wymaga. Może to być czysty wzrost świadomości marki, ale może to być też sprzedaż produktu. Ja proponuję działania dostosowane do celu w różnych wariantach cenowych. Jestem w stanie zaproponować klientowi kampanię wizerunkową, sprzedażową, jednorazową i długofalową. Często bywa tak, że podpowiadam innych blogerów, z którymi mogłabym dotrzeć do wszystkich grup docelowych. Ustalamy timing akcji w oparciu o inne działania klienta. Minimum dwa tygodnie przed publikacją dostaję produkt i... działamy :)

PRoto.pl: Jakie błędy marki popełniają najczęściej, kiedy chcą nawiązać współpracę z influencerem?

M.B.: Narzucają swój koncept działań, które nie pasują do odbiorców danego influencera. Czasem serce mi się kraje, kiedy dociera do mnie, jak duży nakład pieniędzy i pracy poszedł na organizację np. eventu, z którego każdy biorący w nim udział influencer robi podobną recenzję, którą zainteresowana jest niewielka część jego społeczności. Influencerów nie można wpychać do jednego worka, a jeszcze nie daj Bóg, kazać im w tym samym czasie publikować tożsame materiały. Jeśli są skierowane do różnych grup docelowych to jeszcze pół biedy. Najgorsze są zorganizowane akcje na blogach z tej samej kategorii, w tym samym czasie. Przepalone pieniądze. Po prostu.

PRoto.pl: Występujesz na konferencjach, na których dzielisz się swoim doświadczeniem m.in. w zakresie współpracy z markami. Słyszałam również, że prowadzisz szkolenia. Jaką tematykę one obejmują i kto w nich uczestniczy?

M.B.: Szkolenia to może zbyt mocne słowo. Ja raczej „doradzam”, choć to, co często robię dla marek, można porównać do pracy zespołu kreatywnego :) Marki coraz częściej wolą dopytać u źródła, bez pośredników, o to, jak i z kim współpracować w zakresie promocji produktów, tak, żeby po prostu nie przepalić budżetu. Ja chętnie służę pomocą i dobrą radą, a że mój czas, wiedza i doświadczenie kosztują… to już nikogo nie dziwi ;)

PRoto.pl: Mówi się, że blogosfera się profesjonalizuje. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem? Jeśli tak, to czym – z Twojej perspektywy – objawia się ta profesjonalizacja?

M.B.: Oczywiście, że się zgadzam! Kiedy ja zaczynałam blogować, rynek owszem, był już nasycony, ale takimi blogami, które po prostu powstały odpowiednio wcześnie. Niestety większość z nich stanęła w miejscu i nie podołała zmianom na rynku. Teraz najpopularniejsze w branży są te twarze, które podchodzą do blogowania jak do biznesu, co moim zdaniem w żaden sposób nie koliduje z ich autentycznością. Zadziało się tak zarówno w parentingu, jak i w całej blogosferze. W dzisiejszych czasach nie wystarczy po prostu być. Trzeba się czymś wyróżniać. Mamy więc wszystkie kolory tęczy w tym naszym influencerskim światku. A te kolory, które wybijają się najbardziej, charakteryzują się przede wszystkim umiejętnością poprowadzenia dobrych strategicznie kampanii promocyjnych. Produkty nareszcie zaczęły być placementowane naturalnie, a nie nachalnie, czytelnicy zaczęli być traktowani jak osoby myślące, a nie puste masy, które przełkną wszystko i zapomną (bo nie zapominają). Ci blogerzy, którzy myślą o blogowaniu jako o układzie partnerskim, założyli działalności gospodarcze, żeby pracować jak firma z firmą, nie utrudniając rozliczeń i nie zmuszając firm do podpisywania umów, które są niestety niezgodne z prawem. Jesteśmy aktualnie zdecydowanie bardziej efektywną i nadal tańszą alternatywą dla prasy drukowanej i portali. Za ten stan rzeczy odpowiadają jednak nie tylko influencerzy, ale i marki, które potrzebowały trochę czasu, żeby oswoić się z nową formą promocji, jaką dają „ceWEBryci” :) To nasza wspólna zasługa. Brawa należą się nie tylko influencerom, ale i markom.

Źródło zdjęć: instagram.com/bakusiowo.pl

Rozmawiała Paulina Piotrowska


Paulina Piotrowska. Młodsza redaktor w PRoto.pl. Interesuje się zagadnieniami związanymi z organizacją eventów, personal brandingiem i marketingiem sportowym. Absolwentka dziennikarstwa i medioznawstwa ze specjalnością public relations i marketing medialny na Uniwersytecie Warszawskim.

X

Zamów newsletter

 

Akceptuję regulamin