„Musimy zrozumieć i przyznać sami przed sobą, że jesteśmy kimś z pogranicza handlowców i kreatorów, twórców działań społecznych i ekonomii. Poprzez nasze projekty marketingowe, wspomagające sprzedaż, a także organizację konferencji, targów, premier produktowych czy eventów firmowych budujemy wiedzę i napędzamy gospodarkę” – powiedział o branży MICE Gary Grimmer z GainingEdge.
W rozmowie z Michałem Kalarusem Grimmer stwierdził, że „przemysł spotkań jest tworem na tyle płynnym, że wiele ludzi chce nas sklasyfikować jako część branży hotelarsko-gastronomicznej”. Ograniczenie się do tego jednego pola jest jego zdaniem zbyt dużym uproszczeniem. I sprawia, że specjalistom trudniej zdobyć uznanie i pozyskać intratne zlecenia. Dodatkowo we znaki dał się też kryzys – na spotkaniach pojawiało się mniej delegatów, występowały także problemy z pozyskaniem sponsorów. Najbardziej odczuły to firmy z Europy i Stanów Zjednoczonych. Lepiej było na rynkach azjatyckich i australijskim, ale również agencje z Europy Środkowej i Wschodniej nie ucierpiały zbytnio, bo – jak tłumaczy Grimmer – oferują usługi bardzo dobrej jakości, przy znacznie mniejszych kosztach produkcyjnych. „Dzięki temu były w stanie przyciągnąć zleceniodawców z zachodniej części kontynentu i tym samym odbudować nieco swoje straty” – tłumaczy. Ogólnie jednak kryzys spowodował spadek zleceń o ok. 20 proc.
Zapytany o coraz modniejszy CSR, stwierdził, że tego typu zaangażowanie wydaje mu się prawdziwe. Przestrzega jednocześnie przed kopiowaniem gotowych rozwiązań. „Lepiej być otwartym i elastycznym w stosunku do klienta, niż wpaść w pułapkę swoich własnych pomysłów” – mówi i zachęca do dopasowywania się do konkretnej sytuacji. Jeśli zaś chodzi o najatrakcyjniejsze z punktu widzenia MICE destylacje, Grimmer stawia sprawę jasno: „Sukces osiągają te miejsca, które mogą pochwalić się dużą ilością pokoi noclegowych w wysokiej jakości hotelach cztero- i pięciogwiazdkowych oraz nowoczesnym centrum konferencyjne kongresowym”. To w jego opinii absolutne minimum, ale nie wszystko. Potrzeba jeszcze wykwalifikowanego personelu, profesjonalnych PCO i podwykonawców, którzy ze sobą współpracują i którzy będą w stanie sprostać wymaganiom. Miejsca, w których każdy działa na własną rękę, to ogromny minus. „Mało kto chce ryzykować” – wyjaśnia dyrektor generalny GainingEdge. (es)


