Internet jako pole bitwy? To tu najczęściej korporacje walczą o konsumenta i uciekają się do nieczystych zagrań. O czarnym PR jako „pladze sieci” i „Google-propagandzie” czytamy w natemat.pl
Krzysztof Majak podkreśla, że Google nie ma sobie równych. Problem polega na tym, że gdy wpiszemy poszukiwane przez nas słowo, otrzymamy niekoniecznie to, co jest nam najbardziej przydatne, a jedynie to, co „mamy znaleźć” – twierdzi dziennikarz. A więc: artykuły sponsorowane, reklamy i „wszystko to, co możemy nazwać efektem pracy firm zawodowo zajmujących się pozycjonowaniem w Google”. Gra jest warta świeczki, bo aż 90 proc. polskich internautów – podaje Majak – korzysta z sieci, by sprawdzić informacje na temat jakiejś firmy. Lepiej zatem, by były to informacje dobre. A o to dbają już odpowiedni specjaliści. Jeden z nich, Michał Lembicz, zwraca uwagę, że „Google nie jest instytucją charytatywną”, dlatego musimy pogodzić się z tym, że treści o mniejszej wartości dla zwykłego użytkownika, a cenniejsze dla reklamodawców dotrą do nas znacznie szybciej.
W cenie są także działania, które mają za zadanie zamieść skandal pod dywan. Wiele firm – czytamy w materiale – utrudnia dotarcie do negatywnych informacji na swój temat. „Firmy oraz osoby prywatne są w stanie zapłacić za to naprawdę duże pieniądze” – mówi Lembicz. Jak podaje autor tekstu, redakcja natemat.pl próbowała znaleźć agencję PR-ową, która potwierdziłaby, czy firmy faktycznie dbają o swój wizerunek, stosując zabiegi „wybielające” lub odpowiednio oczerniające konkurencję, gdyby była tak potrzeba. I spotykała się z odmową oficjalnego komentarza. Dotarła jednak do pracownika branży PR, który nie chciał ujawniać nazwiska, ale zgodził się opowiedzieć o tych praktykach.
„Mój klient zastanawiał się ostatnio, w jaki sposób usunąć z Google’a artykuł jednego z tygodników, który był wobec niego krytyczny. Najpierw chciał kontaktować się z redakcją. Potem jednak wspólnie uznaliśmy, że to nie będzie skuteczne. Zapłacił agencji za to, że krytyczny tekst będzie zrzucony w Google’u poniżej 20 strony wyszukiwania. Tam dociera ćwierć promila klientów” – powiedział anonimowy rozmówca. Oczywiście, jak zaznacza Majak, w internecie nic nie ginie, ale istnieje kilka sztuczek na „oczyszczenie się”. I tu do akcji wkraczają pozycjonerzy, przez których dotarcie do neutralnych informacji jest trudniejsze. Ale nie niemożliwe, pod warunkiem, że wygenerujemy specyficzne zapytania na podstawie złożonych komend w Google. „Teoretycznie 90 proc. internautów nie ma o nich pojęcia, więc nie dotrze do tych stron” – wyjaśnia Marcin Mróz z firmy Guardem specjalizującej się w ochronie reputacji w internecie. (es)


