sobota, 13 lipca, 2024
Strona głównaArtykułyWojna polsko-polska pod flagą ciemno-białą. Czy można zmienić polską scenę polityczną?

Wojna polsko-polska pod flagą ciemno-białą. Czy można zmienić polską scenę polityczną?

Gdy polscy politycy sięgają do symboliki koloru białego, producenci proszków do prania stają się bezradni. Jak większość narodu, któremu znany z 1989 roku kolor odrodzenia, rozumu i szczęścia, dziś kojarzy się bardziej z klęską. Zresztą teraz, jak twierdzi klasyk: Żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe…

Winę za to ponosi jednak nie tylko nasza klasa polityczna, która swoim postępowaniem obraża inteligencję (jako warstwę społeczną), a mniej myślących zniechęca do aktywności obywatelskiej. I można by nawet podejrzewać, że to celowa polityka posiadaczy mandatów parlamentarnych, którzy w ten sposób korzystają z nieświadomości obywatelskiej – przecież świadomi praw i obowiązków wyborcy już dawno zrezygnowaliby z zatrudniania leni, ignorantów, aferzystów, awanturników i kłamców. Głosując, potrafiliby rozróżnić ziarno od plew. A tymczasem skapitulowali i zamiast pogłębiać wiedzę obywatelską, wolą twierdzić, iż „nie interesują się polityką” – nie rozumiejąc, że politycy interesują się nimi. Zwłaszcza przed wyborami, gdy budząc społeczne emocje wzajemnymi oskarżeniami i obietnicami bez pokrycia, wiedzą, że „ciemny lud to kupi”.

Nie bez winy jest także większość naszych dziennikarzy, których przecież o brak świadomości obywatelskiej trudno podejrzewać. A jednak, zamiast podobnie, jak ma to miejsce w państwach o ugruntowanej demokracji, dążyć do eliminowania szkodników politycznych z życia publicznego[1], zamiast bulterieryzmu medialnego, preferują medialny ratleryzm – poszczekają, poszarpią za nogawki i czekają do następnego spacerku. A w międzyczasie zapraszają do studiów i na łamy. Nasi dziennikarze nie mają również ochoty do realizowania edukacyjnej funkcji mediów – pozytywni politycy są dla nich nudni, więc zamiast starać się pokazywać ich w sposób interesujący, wolą pod pozorem rzekomej obiektywności i dociekliwości, popularyzować tych wyrazistych, zwłaszcza wyrazistych negatywnie. W ten sposób niezbyt świadomi obywatele, nie widząc alternatywy, jeśli głosują, to na tych samych polityków zapewniających mediom poczytność, słuchalność i oglądalność.

Dlatego szkoda, że nawet w tak ważnym momencie, jak kampania wyborcza, telewidzowie musieli wybierać pomiędzy oglądaniem debaty w jednej ze stacji z pseudodebatą w dwóch innych. Czy redakcje, zamiast rywalizować o widza nie mogły ustalić różnych czasów emisji? Przecież w ten sposób ich oglądalność byłaby większa… No i nazwanie wywiadu debatą (vide: słownik) też nie było fair. Choć można zrozumieć intencję: modne w tej kampanii oczekiwanie na merytoryczny dyskurs polityczny, który w Polsce wciąż jest oksymoronem, wymagało przyciągającego uwagę określenia.

Na polskiej, zmediatyzowanej i scementowanej scenie politycznej króluje nieadekwatny język, a cesarzem stał się subiektywizm w ocenach polityków i ich dokonań. Korzystając więc z tego szlachetnego alibi, spróbujmy opisać sytuację na miesiąc przed wyborami.

Wszystko wskazuje na to, że PiS, będące najlepszą agencją piarowską PO, wykonało dobrą robotę. Platforma Obywatelska powinna ponownie wygrać wybory, bazując na lęku przed IV RP oraz zwalając winę za czteroletnie nieporządki i knoty prawne na „budowę”, w jakiej znajduje się Polska. Dzięki posiadanej władzy nie zaszkodziła jej nawet wałbrzyska afera wyborcza, największy tego typu skandal w historii polskiej demokracji. Formacja ta powoli staje się „jedyną słuszną partią”, a przeciąganie do swoich szeregów nadambitnych lub skrzywdzonych polityków konkurencji (w celu zmarginalizowania ich) chwilowo ją wzmacnia w opinii mniej świadomych wyborców. Jednak Donald Tusk (54 l.) już musi się szykować na frakcyjne problemy. Słabe oceny efektów resortowych popierających go liderów: Cezarego Grabarczyka (51 l.), Ewy  Kopacz (55 l.) i Bogdana Klicha (51 l.), który żenująco późno podał się do dymisji, spowodują powyborczą zmianę sił wewnątrz partii. Wzmocni się natomiast „obóz” Bronisława Komorowskiego (59 l.), któremu wyraźnie spodobała się „kandelabrowa prezydentura” i pewnie marzy o reelekcji. Zatuszowanie wspomnianej afery wałbrzyskiej wzmocniło też Grzegorza Schetynę (48 l.). Najpoważniejszym problemem dla PO będzie jednak groźba kryzysu gospodarczego, więc zanim ewentualna recesja przyczyni się do rozkręcenia koniunktury, może dojść do fali niezadowolenia społecznego, przyspieszonego koniecznymi reformami. Według pesymistów partia, która teraz wygra, może rozpaść się przed następnymi wyborami, być może nawet przyspieszonymi.

Chyba nikt lepiej niż PO, nie potrafiłby tak zjednoczyć elektoratu PiS-u. Korzysta z tego wódz tej formacji Jarosław Kaczyński (62 l.), który zamknął się ze swoimi aktywistami i sympatykami w „oblężonej twierdzy”. I wzorem księdza Natanka postanowił gromadzić siły do walki w następnych wyborach. W tych wystarczy mu pozycja drugiej formacji w Sejmie. Jego strategia kampanii polega na nekropiarze – gloryfikowaniu nieżyjącego brata, oraz nekromarketingu politycznym – utrwalaniu wśród swoich wyborców podejrzeń dotyczących katastrofy smoleńskiej, w czym wspomaga go  Antoni Macierewicz (63 l.). Do pozostałych kieruje zapewnienia, że zasługują na więcej. Liczy, że nawet jeśli nie zagłosują na niego, to chociaż zniechęci ich do popierania PO. Największym problemem Prawa i Sprawiedliwości jest brak kadry, z której mógłby stworzyć gabinet cieni wiarygodny dla wyborców spoza własnego elektoratu. Przyczyniły się do tego wspomniana tragedia i czystki wewnątrzpartyjne. Dlatego można zgodzić się z opinią, że PiS po wyborach skupi się na działaniach pozasystemowych oraz będzie podgrzewał niezadowolenie społeczne. Nie oznacza to jednak pełnej stabilizacji – kolejne niewygrane wybory zwiększą niezadowolenie części uchodzących za młodych, niecierpliwie żądnych kariery ze Zbigniewem Ziobrą (41 l.) na czele.

Należy przypuszczać, że Sojusz Lewicy Demokratycznej zostanie trzecią siłą w Sejmie. Jednak Grzegorz Napieralski (37 l.) powinien raczej obawiać się o swoją przyszłość lidera. Chyba nigdy lewica nie była tak słaba wewnętrznie, a jest to efekt wycinania z list i stanowisk wszystkich towarzyszy mogących zagrozić jego karierze. Jego pozycja słabła już przed wyborami prezydenckimi i o pozostaniu na stanowisku zadecydował wynik, który był raczej efektem układów partyjnych w mediach publicznych niż osobowości kandydata. Teraz jabłuszkowy przywódca prawdopodobnie liczy na sytuację, w której doszłoby do koalicji z PO, zwłaszcza, że są regiony, w których takie stołkowe koalicje w samorządach powstały. Zresztą część wyborców, nie tylko lewicowych, od dawna uważa, że taka współpraca miałaby perspektywy. Wszystko zależy od tego, jaki będzie wynik analizy SWOT Donalda Tuska, Grzegorza Schetyny i Bronisława Komorowskiego. Tymczasem formacja zmaga się z określeniem własnej tożsamości a w kampanii posługuje się infantylnymi skojarzeniami, więc szukanie poparcia smoka jest słusznym krokiem – aktywistom przydadzą się smoczki.

Waldemar Pawlak (52 l.) ma niesamowitą zdolność unikania cienia porażki. Tym razem też powinno mu się udać wprowadzić do Sejmu swoich posłów. Polskie Stronnictwo Ludowe, w trakcie minionej kadencji, raczej nie robiło koalicjantowi kłopotków. Czasem, dzięki strategii opartej na radzie, której udzielił Dedal Ikarowi (Tisze jediesz, dalsze budiesz), formacja ta uchodziła za najpoważniej zachowującą się na polskiej scenie politycznej. Pomysł, by w kampanii, nawiązując do symbolu partii, rozdawać nasiona koniczyny, można by uznać za marketingowo trafiony. Tylko, jeśli te rośliny mają przynieść szczęście, powinny być czterolistne. Czy wyborcze gadżety PSL zostały genetycznie zmodyfikowane?

Są tacy, którzy są przekonani, że formacja Polska Jest Najważniejsza wprowadzi do Sejmu swoich polityków. Tylko, czy jeśli tak się nie stanie, Polska coś na tym straci? Paweł Kowal (36 l.) ma jeszcze czas na zmartwienie, a należy sądzić, że będąc zdolnym, także wzbudzać sympatię, z polityki nie zniknie. Paweł Poncyliusz (42 l.) też pewnie kiedyś powróci na Wiejską. Obecna spokojna kampania wyborcza nie wyróżnia się pomysłowością. Za ciekawe można uznać okolicznościowe hasła oparte na skrócie nazwy partii: „Pacjent Jest Najważniejszy”, „Podatki Jak Najniższe”…

Janusz Palikot (47 l.) jest ofiarą mediokracji. Wyczuł oczekiwania dziennikarzy i na nich zbudował popularność. Król politycznych gadżetów oraz bon motów i non bon motów. Przerastający inteligencją większość posłów, potrafił być bardziej drażniący niż kamyk w bucie lub ziarnko piasku w prezerwatywie. Niestety, w pewnym momencie przekroczył granice kabotyństwa oraz dostrzegł miałkość polityki partii, w której więcej stracił niż zyskał. Czy kolejny Ruch Palikota ma szanse na powodzenie? Bez wsparcia mediów – nie. A szkoda.

Próby zbudowania formacji, dzięki którym mogliby powrócić do polityki podjęli także Janusz Korwin-Mikke (69 l.) i Marek Jurek (51 l.). Nie warto tym zawracać sobie głowy.

Czy ostatni miesiąc kampanii wyborczej przyniesie jakieś niespodzianki? Dziennikarz i pisarz Ksawery Prószyński mawiał: „W Polsce łatwo być Kasandrą. Nawet najgorsze przepowiednie mogą się spełnić”. Obserwując scenę polityczną, niełatwo być optymistą. Czy można więc liczyć na poprawę sytuacji? Nie tak szybko, ale przecież stać nas i na szaleństwa.

Do takich można zaliczyć dwa sposoby. Pierwszy polega na masowym pójściu do urn i, w przypadku nie popierania żadnej z formacji – oddaniu głosów nieważnych[2]. Czyli z zakreśloną większą liczbą kandydatów i ewentualnym dopisaniu swoich opinii na temat klasy rządzącej. Co to da? Ujawni prawdziwe poparcie społeczne dla polityków tak chętnie wypowiadających swoje opinie „w imieniu narodu”… A ponieważ partiom zależy na subsydiach wynikających z liczby uzyskanych mandatów, może skłonić ich kierownictwa do wprowadzania na listy wyborcze również prawdziwych fachowców, cieszących się szacunkiem, zaufaniem i sympatią obywateli. Takie głosowanie może docelowo ucywilizować polską politykę. To oczywiście działanie doraźne. Jego następstwem powinno być wprowadzenie dodatkowej kratki do skreślenia i na przykład oznaczonej napisem: „Będąc świadomym wyborcą i mając na uwadze dobro RP, nie akceptuję żadnego z kandydatów jako niegwarantujących dobra interesów państwa i jego obywateli”. Podobne rozwiązania były już zarówno proponowane, jak i w niektórych państwach – stosowane.

Drugim, także doraźnym sposobem na zmianę oblicza polskiej sceny politycznej byłoby przeprowadzenie internetowej i SMS-owej akcji podobnej do „Schowaj babci dowód”. Czyli, na tydzień przed wyborami zaapelowanie, by sympatycy danych formacji głosowali na odleglejsze numery, na przykład na „ósemkę”. Pojawienie się nowych posłów w parlamencie udowodniłoby siłę elektoratów i ich wolę zmian. Posłowie, chcąc utrzymać mandaty, byliby bardziej pokorni i wsłuchani w opinie wyborców. Powstaje pytanie, czy tak wybrani posłowie potrafiliby sprostać obowiązkom? Z pewnością tak. I to niekoniecznie pozostając w roli bezmyślnej maszynki do głosowania ustaw. Przecież Unia Prezydentów Miast „Obywatele do Senatu” sięgnęła po wiele osób, które dopiero będą się uczyć procedur parlamentarnych. Postawiono na tych, którzy spełniali hasło tej formacji: „Umiemy działać, potrafimy rozmawiać”.

Kampania  znów będzie miała charakter festynowy i w efekcie znów częściej będziemy głosować przeciw politykom niż za ich programami. Dotychczas, z kadencji na kadencję, pełniący władzę i opozycjoniści uczyli społeczeństwo pogardy w stosunku do przeciwników. A przy okazji pogardzali swoimi obowiązkami i wyborcami. Dlatego, nie należy się dziwić, że dziś obietnice jednej z partii znalazły się na papierze toaletowym. Czyli dostosowanym do poziomu kampanii i jej następstw.

 


 

  1. Wprawdzie Rumunię trudno uznać za kraj o ugruntowanej demokracji, jednak tamtejsze gazety przed wyborami w 2004 roku opublikowały listę 130 polityków, którzy zdaniem obrońców praw człowieka nie nadają się do parlamentu. Znalazły się na niej osoby skorumpowane lub wchodzące w konflikty interesów, dawni współpracownicy komunistycznych służb specjalnych i politycy niepoważni, którzy notorycznie zmieniali barwy partyjne. Wśród napiętnowanych byli przedstawiciele wszystkich partii oraz siedmiu aktualnych ministrów, m.in. spraw zagranicznych i ekonomii (obu zarzucono niewyjaśnione dochody). Listę przygotowała Koalicja dla Czystego Parlamentu, do której weszło 13 organizacji pozarządowych, w tym Transparency International, rumuński Komitet Helsiński i rumuński oddział Freedom House, amerykańskiej organizacji wspierającej demokrację na świecie. (…) – Lista reprezentuje interesy skrajnej prawicy – komentował rzecznik rządzącej Partii Socjaldemokratycznej. Była minister sprawiedliwości (z opozycji) zapowiedziała wytoczenie autorom listy procesu o zniesławienie. Jednak socjaldemokraci wycofali 29, a partie opozycyjne kilku kandydatów do parlamentu umieszczonych na liście. [Źródło: „Lista skompromitowanych polityków opublikowana w Rumunii”, Gazeta Wyborcza, 27-10-2004]
  2. Polityków powinna zaniepokoić internetowa wizyta na stronie Państwowej Komisji Wyborczej (www.pkw.gov.pl), i analiza wyników, przy czym dziwne jest to, że nie zostały dotąd dokładniej badane i komentowane przez socjologów i politologów. Najlepszym przykładem jest rok 2005, w którym odbyły się zarówno wybory parlamentarne i prezydenckie. Jeśli bowiem do urn pomaszerowała świadoma część wyborców, to skąd wzięła się tak wielka liczba głosów nieważnych? Było ich 440.227 w wyborach do parlamentu i 104.468 oraz 155.233 w kolejnych turach wyborów prezydenckich. Czy liczby te świadczą tylko o pomyłkach, czy też część wyborców nie zaakceptowała partyjnych ofert w całości, odpowiednio przekreślając karty do głosowania? Być może jest to świadectwo bardziej obywatelskiego pojmowania demokracji niż bojkot wyborów?

ZOSTAW KOMENTARZ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj