PRoto.pl: Twoja agencja More communications kończy 18 lat, ale Ty w branży PR jesteś jeszcze dłużej. Jak zaczęła się Twoja przygoda z public relations?
Jakub Zajdel, założyciel oraz prezes more communications agency, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Public Relations: Zaczęło się moim zdaniem dość nietypowo, ponieważ nie mam klasycznego wykształcenia kierunkowego – nie kończyłem polonistyki, socjologii, dziennikarstwa ani medioznawstwa, tylko lingwistykę stosowaną na Uniwersytecie Warszawskim. Z wykształcenia jestem więc tłumaczem. Jednak już po drugim roku wiedziałem, że to nie jest praca dla mnie. Będąc na trzecim roku na UW, zacząłem szukać alternatyw i zaaplikowałem na bardzo popularny wtedy kierunek: zarządzanie i marketing na Akademii Leona Koźmińskiego (wtedy jeszcze pod tą nazwą).
Równolegle studiując oba kierunki, po roku wyjechałem w ramach programu Erasmus do Niemiec – do Bawarii. Z perspektywy czasu okazało się to bardzo ciekawą klamrą w kontekście moich późniejszych wyzwań zawodowych związanych z piłką nożną.
Po semestrze spędzonym w Niemczech wróciłem do Polski i zaaplikowałem do nieistniejącej już agencji 180 stopni PR (która później została częściowo przejęta przez MSL). Przepracowałem tam trzy miesiące, po czym wraz z zespołem przeszedłem do nowo powstającej firmy RC2 (Raczkiewicz Chenczke Consultants). To była moja jedyna i najdłuższa praca etatowa poza własnym biznesem. Zdobywałem tam pierwsze doświadczenia i bardzo wiele zawdzięczam osobom, które mnie zatrudniły – z wieloma z nich mam kontakt do dziś.
Po kilku latach uznałem, że chcę stworzyć coś własnego. W 2008 roku podjąłem – szaloną z dzisiejszej perspektywy – decyzję i założyłem działalność gospodarczą pod nazwą Consulting & More, która przeszła później wiele iteracji. Zacząłem od zera, z wiedzą zgromadzoną przez trzy–cztery lata pracy agencyjnej, realizując projekty jako freelancer. Ucząc się biznesu metodą małych kroków, rozwijałem swoją agencję.





Po drodze miałem też inne epizody biznesowe. Razem z moim przyjacielem Michałem Michałowskim (współwłaścicielem agencji KDK Events) prowadziliśmy spółkę marketingową Goodfellas Group. Przez wiele lat z sukcesami rozwijaliśmy też jedną z dwóch wiodących spółek marketingu golfowego.
PRoto.pl: Opowiedz o tym więcej.
J.Z.: Prowadziliśmy markę Discover Golf, która zresztą nadal istnieje. W pewnym momencie zostaliśmy nawet oficjalnym partnerem PGA Polska (Professional Golfers Association). W latach 2012–2015 realizowaliśmy turnieje mistrzowskie i doradzaliśmy licznym markom oraz korporacjom, jak wchodzić w sponsoring golfowy – od konkursów typu hole in one po świadczenia tytularne. To były początki sponsoringu golfowego.
PRoto.pl: Wtedy to było coś nowego. A teraz – jak zmienił się ten obszar?
J.Z.: Choć mieliśmy już pewne doświadczenie, polski rynek nie był jeszcze wtedy gotowy na wiele rozwiązań, które obserwowaliśmy na świecie. Brakowało wystarczającej liczby marek chętnych do takich działań, co wynikało także z ówczesnych konotacji społecznych. Dekadę czy 15 lat temu golf kojarzył się w Polsce mocno stereotypowo, jak w serialach – z kimś zamożnym, kto ma mieszkanie w Warszawie i jeździ BMW (śmiech). Dziś to postrzeganie się zmieniło.
W tym samym czasie moja działalność PR-owa stale rosła i pozyskiwała nowych klientów. W pewnym momencie zatrudnialiśmy łącznie blisko 50 osób w spółkach PR-owej, eventowej i golfowej. To były ciekawe czasy, ale ostatecznie rozdzieliliśmy biznesy. Ja bardzo nie lubię eventów, a Michał je uwielbia, więc ja zostałem przy PR-ze.
Kiedyś pewnie nie uwierzyłbym, że pójdę w tym kierunku. Pochodzę z 42-tysięcznego Krosna na Podkarpaciu. Gdy zdawałem na studia, panował wyż demograficzny – na lingwistykę przypadało około 30 osób na miejsce. Samo dostanie się do Warszawy było dla mnie ogromnym krokiem. To były czasy przed powszechnym internetem – nie dzwoniło się, nie sprawdzało wszystkiego w sieci, nie robiło testów predyspozycji zawodowych. Nie będę kłamał. Mieszkając w Krośnie, absolutnie nie wiedziałem, czym jest komunikacja czy public relations.
PRoto.pl: Czyli to studia z zarządzania i marketingu uświadomiły Ci istnienie tej branży i pokazały, że to coś dla Ciebie?
J.Z.: Zdecydowanie tak. Dopiero na Akademii Leona Koźmińskiego (nie umniejszając Uniwersytetowi Warszawskiemu) zetknąłem się z mocno amerykańskim podejściem do studenta, jakie oferowała prywatna uczelnia. To był gigantyczny skok. Do dziś pamiętam przedmiot public relations i zajęcia o tym, czym jest komunikat prasowy czy kryzys wizerunkowy. Usłyszałem o tym po raz pierwszy i to otworzyło mi głowę na fakt, że obszar marketingu i komunikacji może być czymś dla mnie. I tak się zaczęło.
PRoto.pl: Jak z Twojej perspektywy ewoluował polski rynek PR od momentu, gdy zacząłeś prowadzić własną firmę? Jakie są obecnie wyzwania np. w zakresie oczekiwań klientów?
J.Z.: Według mnie ten rynek dzieli się na dwie zupełnie różne ery: przed pandemią COVID-19 i po niej. Rzeczywistość po COVID-zie już nigdy nie wróci do stanu sprzed pandemii – mówię tu o podejściu klientów, marżach, wycenach, rynku pracy czy postawach ludzi.
Rynek bez wątpienia się profesjonalizuje. Wyzwaniem stale pozostaje jednak konkurencja cenowa oraz brak zrozumienia specyfiki naszej pracy. My jako agencja w ogóle nie startujemy w przetargach, taką podjąłem decyzję. Pracujemy wyłącznie z poleceń.
Mam bardzo świadome podejście do biznesu. Od lat pracuję w środowisku międzynarodowym i widzę, że w Polsce cena nadal odgrywa wyjątkowo dużą rolę. Zdaję sobie sprawę, że to dlatego, że nasz rynek jest jeszcze młody. Jednocześnie raz na jakiś czas trafiam na rozmowy, w których klient śmiertelnie poważnie pyta, dlaczego nasza oferta jest trzy- lub czterokrotnie droższa od pięciu innych.
Tłumaczę wtedy, że ponosimy konkretne koszty: należymy do wiodących organizacji branżowych i międzynarodowej sieci, mamy biuro w centrum Warszawy, zatrudniamy ludzi wyłącznie na umowach o pracę z pakietem benefitów i dbamy o dobre środowisko pracy. Za jakością idą nakłady. Tak jak z każdym produktem czy usługą. Te rozmowy jednak cały czas wracają, a cena bywa decydująca. W projektach międzynarodowych często liczą się zupełnie inne parametry – priorytetem są doświadczenie, zespół oraz koncepcja, a cena nie znajduje się na pierwszym miejscu.
PRoto.pl: Jak na to wpływa mocno rozwijająca się sztuczna inteligencja? Czy klienci oczekują, że dzięki AI usługi będą tańsze?
J.Z.: Tak, zaczyna już pojawiać się takie podejście. Nie da się ukryć, że sztuczna inteligencja odgrywa coraz większą rolę w naszym (i nie tylko) biznesie. W ostatnich dwóch latach podczas międzynarodowych konferencji sieci IPREX w Sztokholmie czy Barcelonie dużo rozmawialiśmy na ten temat. Nasi partnerzy ze Stanów Zjednoczonych dzielili się swoim doświadczeniem, bo oni już tworzą wyspecjalizowane stanowiska odpowiedzialne stricte za wdrażanie AI w agencji. Podobnie jak w czasach świetności employer brandingu zatrudniało się specjalistów w tej dziedzinie, tak teraz w USA wyznacza się osoby pilnujące, by cała organizacja efektywnie i świadomie korzystała z AI.
Dzieje się tak również dlatego, że klienci coraz częściej kwestionują wyceny godzinowe, terminy wykonania czy wielkość wyznaczonego zespołu, mając świadomość niemal nieograniczonego i często darmowego dostępu do wiedzy. Dziś z AI można zrobić znacznie więcej i szybciej. Dla podmiotów, które odpowiednio szybko wsiądą do tego pociągu i zaczną świadomie oferować takie usługi, jest to ogromna szansa. Dla tych, które nie nadążą z wdrożeniem w organizacji, może to stanowić duże zagrożenie. Trzeba być z tym na bieżąco.
Obserwuję, że w IPREX jest grupa agencji, która wykazuje wręcz obsesyjne zainteresowanie AI, a ich szefowie są entuzjastami tej technologii, jeżdżą po światowych konferencjach i na co dzień tym żyją. Te firmy rozbudowują własne narzędzia np. do pracy z mediami czy influencer marketingu. Przepływ wiedzy między nami jest duży, więc dlatego jestem z tym na bieżąco.
Są też jednak agencje partnerskie w Europie i USA, gdzie biznes nadal opiera się przede wszystkim na relacjach, zarządzaniu reputacją, komunikacji kryzysowej, public affairs czy lobbingu. Tam sztuczna inteligencja służy głównie przyspieszaniu podstawowych procesów operacyjnych i nie jest traktowana jako główny kierunek rozwoju.
Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że rynki są bardzo różnorodne. W Stanach Zjednoczonych niektóre agencje działają wyłącznie w określonych środowiskach – na przykład latynoskich – gdzie kluczowa jest wiedza lokalna oraz autentyczność ludzi budujących relacje z odbiorcami. To są niekiedy rzeczy, których z perspektywy Europy czasem nie rozumiemy.
PRoto.pl: Poza Twoją działalnością agencyjną, która rozwijała się w różnych kierunkach, pracowałeś też dla naszej narodowej gwiazdy – Roberta Lewandowskiego. Jak wyglądała ta współpraca i czego Cię nauczyła?
J.Z.: Praca z postacią tego formatu to olbrzymie wyróżnienie i przywilej. Rzadko się zdarza, byśmy w Polsce mieli przyjemność współpracować z osobą tej rangi lub choćby ją obserwować. Nie wiem, czy za naszego życia pojawi się jeszcze gwiazda tego formatu.
Ja prywatnie od zawsze kochałem piłkę nożną, od siódmej klasy szkoły podstawowej jestem kibicem Bayernu Monachium. Gdy w trakcie studiów na Koźmińskim wybierałem wyjazd na Erasmusa, zdecydowałem się na urocze miasto Ingolstadt koło Monachium. Mogłem wybrać dalsze kierunki, np. Singapur, ale nie będę ukrywał, kierowałem się kwestiami finansowymi i odległością od Polski, ale też moją piłkarską pasją. W drugim tygodniu pobytu znalazłem pracę w firmie IT w Monachium, gdzie robiłem tłumaczenia. Na lingwistyce moim drugim językiem był niemiecki. Za uzbierane pieniądze kupowałem bilety i jeździłem na mecze Bayernu. Mam te bilety do dzisiaj!
W latach 2013–2014 znalazłem się we właściwym miejscu i czasie z odpowiednimi ludźmi, co zaowocowało propozycją spotkania z Robertem. Robert potrzebował wtedy wsparcia: miała urodzić się jego pierwsza córka, Klara, a dotychczasowy zespół, który dbał równolegle o media i Roberta, i Ani, oraz kwestie organizacyjne, nie był w stanie obsłużyć rosnącego zainteresowania. Potrzebny był rozwój tego obszaru.

Do dziś pamiętam niespodziewany telefon z pytaniem, czy mogę przyjechać na zgrupowanie kadry do hotelu Hilton, i towarzyszące mi emocje. Byłem trochę zdezorientowany, nie wiedziałem jak się zachować, co założyć, bo jednak miałem się spotkać z panem z telewizji (śmiech). A spotkanie okazało się bardzo miłe i na luzie. Do dziś łączą nas bardzo dobre relacje prywatne.
Na moją korzyść przemówiło kilka faktów: po pierwsze pracowałem już w zawodzie w branży komunikacji. Po drugie znałem się na piłce nożnej i byłem fanem Bayernu (gdzie Robert grał wtedy od trzech lat). A po trzecie bardzo dobrze znałem język niemiecki. To była wtedy duża zaleta, gdy trzeba było np. szybko autoryzować wywiady lub reagować na sytuacje kryzysowe w weekendy. Inaczej musielibyśmy zatrudniać tłumacza, z wieloma umowami NDA, co znacznie wydłużałoby cały proces. To były przecież czasy przed AI, a Google Translate działał bardzo niedoskonale.
PRoto.pl: Czy Wasze działania opierały się na przygotowanej wcześniej strategii, czy nie miałeś na to czasu i od razu zacząłeś bieżącą pracę?
J.Z.: To działo się dwutorowo. Obok bieżącej aktywności stworzyliśmy długofalową strategię komunikacji i pozycjonowania wizerunkowego. Ona oczywiście ewoluowała z biegiem lat, a zespół się powiększał o specjalistów od PR-u lifestyle’owego czy biznesowego. W komunikacji osoby publicznej tego kalibru nie da się stworzyć jednego dokumentu i trzymać go bezwzględnie – to niemożliwe.
Dla mnie była to praca marzeń. Latałem do Monachium, rozmawiałem z szefami PR-u Bayernu, uczestniczyłem w konferencjach i media days z dziennikarzami z całego świata. Do tego dochodziła obsługa związana z udziałem w reprezentacji Polski. To były przeciekawe wyzwania. Z perspektywy osoby zajmującej się wiele lat komunikacją, lubiącej piłkę nożną, jeszcze będącą takim prawdziwym fanem tego klubu – bo ja do dziś byłem na jakichś 50-70 meczach Bayernu – nie da się lepiej trafić.
PRoto.pl: Jak wyglądała codzienność w tej pracy?
J.Z.: Ta praca była niezwykle nobilitująca, ale też trudna – nie ma pod nią gotowego opisu stanowiska czy ram czasowych. Dynamika w momentach szczytowych była kosmiczna. Każdy chciał wywiadu: gdy Robert nie strzelał – media wywierały presję, gdy strzelał – wszyscy go chwalili. Wyzwaniem była priorytetyzacja akcentów oraz praca przy ogromnym wolumenie publikacji. Mieliśmy naturalnie monitoring mediów (swoją drogą oczywiście w IMM), ale liczba tych publikacji była nawet nie do przejrzenia i czasami sytuacja zmieniała się z minuty na minutę.

Monachium stało się moim drugim domem, byłem tam setki razy. Znajomość niemieckiego pozwalała mi prowadzić skuteczny PR międzynarodowy i budować relacje np. z dziennikiem „Sport Bild”, największym dziennikiem sportowym, najczęściej cytowanym.
W Polsce dużym wyzwaniem były dla mnie wtedy często niedbałe tłumaczenia i clickbaitowe tytuły manipulujące wizerunkiem Roberta. Pamiętam taki jeden tytuł, w bardzo dużym portalu horyzontalnym, który brzmiał „Robert opuszcza Anię”. A w leadzie była informacja, że wyjeżdża na turniej z Bayernem np. do Azji… Walka z tym to była niestety duża, bardzo pracochłonna część tej pracy.
Nasz zespół też w czasie całej współpracy się zmieniał. Najpierw byłem tylko ja, później dołączyły kolejne osoby, które wspierały także Anię Lewandowską. W pewnym momencie ja zacząłem zajmować się wyłącznie współpracą międzynarodową. Odpowiadałem przede wszystkim za media niemieckie, za media sportowe, biznesowe i lifestyle’olwe.
Moją przygodę ze wsparciem Roberta zakończyłem w trakcie COVID-u. Myślę, że to wydarzyło się w takim dobrym momencie dla nas wszystkich. Wiadomo, co COVID zrobił z rynkiem. Piłka była tym sportem, który jako pierwszy wrócił do działania, ale na puste stadiony – mecze odbywały się bez kibiców.
Ja wróciłem do „normalnego” funkcjonowania w biznesie. Wydaje mi się, że to był też już taki punkt, w którym masz poczucie, że zrobiłeś wszystko co mogłeś, wykonałeś mnóstwo prestiżowych działań, wywiadów, okładek, wpłynąłeś na otoczenie. Wiadomo, jak to w PR, nie zawsze da się to dokładnie zmierzyć, ale ma się poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Widziałem, gdzie w danym momencie jest Robert – nie w sporcie, bo sport trzeba oddzielić – ale w biznesie czy wizerunkowo i wiedziałem, że miałem na to pewien wpływ. Z satysfakcją mogłem zamknąć pewien etap.
Nie będę też oszukiwał – pierwszy wywiad okładkowy w niemieckim „Forbesie” czy „Sport Bildzie” robi wielkie wrażenie, ale za 35. razem staje się to po prostu elementem codzienności.
Przyzwyczajasz się?
J.Z.: Przyzwyczajasz się, jest to dla ciebie mniej spektakularne. Jednocześnie pracujesz z kimś, kto jest ekstremalnie profesjonalny, wymaga ekstremalnie dużo od siebie, ale także i od całego otoczeniu. Bardzo dużo nauczyłem się przy Robercie w kwestii dyscypliny i orientacji na cel. Kiedy pracuje się z tak z wybitnym sportowcem, nie ma miejsca na tłumaczenie, że „czegoś się nie da zrobić”. Ma się zupełnie inne patrzenie na to, że być może są jeszcze inne drogi na osiągnięcie jakichś celów. Trudno to do czegoś porównać.
PRoto.pl: Jak udawało Ci się w tym czasie prowadzić jeszcze swoją agencję?
J.Z.: To było duże wyzwanie. Na szczęście wtedy struktura była dość duża i mogłem sobie na to pozwolić przy udziale menadżerów, którzy bardzo mnie odciążyli. Do dzisiaj jestem im bardzo wdzięczny.
Oczywiście starałem się cały czas być obecnym w pracy agencji, natomiast wymagania pracy ze środowiskiem Robert sprawiały, że niejednokrotnie musiałem z pewnych rzeczy rezygnować. Mam świadomość, że to mogło być niekorzystne czy to dla zespołu, czy nawet klientów, bo jednak ten biznes jest bardzo relacyjny. To był wymagający okres, kiedy ciężko mi było to łączyć i jeszcze być obecnym w życiu rodzinnym, prywatnym. Ale nie zamieniłbym tego na nic innego.
PRoto.pl: Pamiętasz najbardziej spektakularne i satysfakcjonujące wydarzenia, sukcesy, wywiady czy działania, które zrobiliście razem? Co najbardziej zapadło Ci w pamięć?
J.Z.: Na pewno dumny jestem z systematycznej współpracy z kluczowymi mediami niemieckimi – jak „Sport Bild” czy „Kicker”. One kształtowały percepcję Roberta w Niemczech, ale też przesuwały narrację w Polsce. Język niemiecki, który na początku mojej drogi mógł wydawać się niepotrzebny, wtedy pomógł mi przełamać pewien dystans. Niemcy potrzebują bowiem nieco więcej czasu na zbudowanie zaufania niż my jako Słowianie.

PRoto.pl: Czyli to był Twój sposób na budowanie relacji – język Was łączył?
J.Z.: Tak, zdecydowanie to pomogło stworzyć naturalną relację i wyjść poza ramy czysto biznesowe. Mogliśmy spotkać się w luźniejszej atmosferze, na kolacji, i wypracować w ten znajomości. Ta sieć kontaktów w Monachium dała potem świetne efekty.
PRoto.pl: Pamiętam, że na umieściłeś jakiś czas temu na Facebooku post wspominający spotkanie Roberta z pewnym chłopcem na wózku…
J.Z.: A, Franek! To fascynująca historia. Jak można się spodziewać, liczba różnego rodzaju listów i prośb przychodzących do Roberta była tak ogromna, że nie byliśmy w stanie na wszystkie odpowiedzieć, szczególnie, że zawsze wchodziły w grę ogromne emocje. Pewnego razu w internecie zaczął jednak krążyć i zyskiwać viralowy charakter apel z listem ośmioletniego wówczas Franka, chorującego na SMA. Nawiasem mówiąc, wtedy świadomość dotycząca tej choroby była nikła.
Postanowiliśmy odpowiedzieć i spotkać się z rodzicami chłopca. Ustaliliśmy wtedy, że Franek wyprowadzi Roberta na mecz Ligi Narodów.
Był to pierwszy przypadek w historii, gdy dziecko na wózku, z tak ciężką aparaturą medyczną, wjechało na murawę. Pamiętam, jak sprawdzaliśmy na stadionie, czy wózek nie zniszczy murawy przed meczem…
Do tego doszła niezwykła symbolika: Franek jechał obok Roberta, a później znaleźli się na tle flagi z hasłem „Respect”. Robert go wtedy przytulił. To stało się bardzo medialne, a jednocześnie było szalenie naturalne i szczere, co szczególnie zwraca uwagę w tym środowisku pełnym blichtru.
Początkowo opowiedziałem o tym temacie znajomym dziennikarzom w Niemczech i oni uznali go za ciekawy, a później natychmiast przejęły go media w Hiszpanii, USA czy Wielkiej Brytanii. To był najbardziej szczery i wartościowy PR, który nic nie kosztował i nie był sterowany, robiony tylko dla efektu medialnego.

Co ciekawe, kontakt Roberta z Frankiem nie ograniczył się do jednego spotkania. Robert zaczął pisać z chłopcem, zapraszać go na mecze. Jako niezwykle empatyczna osoba Robert pociągnął tę relację. Z tego co wiem, Franek jest dziś w liceum i nadal utrzymują kontakt.
Zawsze na koniec dnia to sam Robert robił najlepszy PR swoją grą i postawą. W sporcie granica między miłością a krytyką jest ultracienka. Kiedy Robert strzelał bramki, cała narracja była pozytywna, a my wiedzieliśmy, że przed nami spokojny czas. Jeśli nie strzelił podczas kilku meczów z rzędu, zaczynały się negatywne przekazy, że „Lewandowski jest nieskuteczny”. Oczywiście trochę to upraszczam, wiele było naszych działań, ale ostatecznie Robert swoją grą i osobowością najwięcej zmieniał. Albo nam dokładał pracy, albo odbierał (śmiech).
PRoto.pl: Teraz jesteś bardzo aktywny w organizacjach branżowych – zasiadasz drugą kadencję w zarządzie SAPR, po raz drugi jesteś EMEA Presidentem w międzynarodowej sieci IPREX, należysz też do globalnego zarządu sieci. Ponadto jesteś członkiem PSPR, działasz w Sektorowej Radzie ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Skąd wzięła się u Ciebie potrzeba takiej aktywności, jakie widzisz w tym korzyści i z jakimi wyzwaniami mierzy się branża?
J.Z.: Po ponad dwudziestu latach w branży i 18 latach prowadzenia agencji zależy mi na dzieleniu się doświadczeniem i podnoszeniu standardów na rynku. Dzięki temu, że rozwijałem firmę i mam zgrany, doświadczony zespół, mogłem świadomie odpuścić część procesów operacyjnych i zająć się tym, co daje mi satysfakcję.

Zawsze lubiłem poznawać ludzi i łączyć ze sobą środowiska. Kiedyś mówiło się: „jesteś tyle wart, ile potrafisz”, dziś powiedziałbym raczej: „jesteś tyle wart, ile osób realnie znasz i możesz z nimi porozmawiać czy zrobić biznes”.
Jest to też dla mnie pewnego rodzaju nowa rzeczywistość, w pozytywnym znaczeniu. Przez lata byłem mocno zamknięty na branżę, ale gdy zacząłem wchodzić w to środowisko, odkryłem mnóstwo świetnych osób z dobrą energią. Realizuję się w tym. Przykładem jest rozwój konkursu PR Wings, którego radzie przewodniczę już trzecią edycję – udało się stworzyć wokół niego świetną społeczność, rozwijamy go o nowe kategorie czy o edycję dla młodych. Bardzo to polubiłem.
Praca w sieci IPREX dała mi też globalną perspektywę i pewność siebie. Była też inspirująca pod względem różnych rozwiązań. Przenieśliśmy np. do SAPR taki format Board You Can’t Afford, w którym właściciele agencji dzielą się swoimi problemami zarządczymi – pod nazwą SAPR Masterminds.
Po rozmowach z przedstawicielami agencji z różnych krajów wiem, że na koniec dnia wszyscy mierzymy się z podobnymi wyzwaniami: pokoleniem Z, wdrożeniem AI, marżami czy sytuacją geopolityczną.
PRoto.pl: Czyli w sumie IPREX był inspiracją, żeby zacząć mocniej angażować się także na polskim rynku?
J.Z.: Tak, absolutnie. Cieszę się również, że niedawno mogłem gościć w Warszawie ponad 25 delegatów naszej sieci z całego świata – od Detroit, przez Hamburg, po Singapur. Czuję się dumnym ambasadorem Polski i Warszawy. Pokazanie naszego kraju jako nowoczesnego, bezpiecznego i rozwiniętego jest zawsze bardzo nobilitujące. Miałem też okazję zaprezentować, jak wygląda rynek komunikacyjny w Polsce.


PRoto.pl: Jakie masz plany na przyszłość?
J.Z.: Nie będę udawał i składał wielkich zapowiedzi o nierealnych celach czy setkach milionów obrotu, nie lubię tego rodzaju narracji. Chcę po prostu rzetelnie robić swoje, rozwijać agencję we właściwym tempie, realizować się w organizacjach branżowych i czerpać z tego satysfakcję.

Rozmawiała Małgorzata Baran

Materiał partnera more communications agency


